Długie, błogosławione, szczęśliwe
i boskie życie ze Swamim
Gdy ludzie pytają, co znaczy dla nas Swami, odpowiadamy wyłącznie w najprostszych słowach.
Christiane: Dla mnie Swami jest nowym życiem, nowym celem i nowym początkiem. Tym jest dla mnie Swami.
Walter: Dla mnie Swami jest Bogiem. Po ponad 30 latach wędrówki ku jego lotosowym stopom, gdy odwiedzałem Puttaparthi co roku od początku lat 90., nie doszedłem do żadnego innego wniosku.
Jesteśmy niezmiernie wdzięczni Swamiemu za to, że mogliśmy go poznać, a jeszcze bardziej za to, że mogliśmy go kochać i oddawać mu cześć. Przede wszystkim jesteśmy wdzięczni, że mogliśmy mu służyć. Kiedyś Bhagawan powiedział swoim uczniom, że największym błogosławieństwem w życiu jest służenie Swamiemu. Robimy to razem od ponad 30 lat. Jednak początki nie były szczęśliwe. Zaczęło się od małżeństwa w kryzysie.
Jak przyszliśmy do Swamiego
Christiane: Dorastałam w Niemczech, w katolickiej rodzinie jako córka kościelnego, od dzieciństwa zanurzona w rytmie życia religijnego. Kiedy wyszłam za mąż za Waltera, który był protestantem, ówczesny Kościół katolicki nie pozwolił mi przyjmować sakramentów, które ukształtowały moje życie. Ból był przenikliwy, moja wiara się zachwiała i zniknęła na wiele lat. Wracała powoli dzięki naszym dzieciom, gdy przystąpiły do Pierwszej Komunii. W tamtych latach również Walter odzyskał równowagę, a nasza rodzina wróciła do wiary.
Po 20 latach nasze małżeństwo zaczęło się rozpadać. Modliłam się o wskazówki. Próbowałam astrologii, porad psychologicznych i wszystkiego, co mogłoby pomóc nam iść naprzód. W końcu powiedziałam Walterowi: "Mogę to robić dalej tylko wtedy, gdy pójdziemy na terapię".
W październiku 1991 roku decyzja ta zaprowadziła nas do pary terapeutów, u których na ścianie wisiało małe zdjęcie Hindusa w pomarańczowej szacie. Nigdy wcześniej go nie widzieliśmy. Opowiadali o nim historie, które były dla mnie czarną magią, i zwyczajnie nie mogłam za nimi nadążyć. Wcisnęli nam do rąk dwie książki. Walter dostał książkę Johna Hislopa, Mój Baba i ja, a do mnie trafiła książka Phyllis Krystal, Największe doświadczenie (The Ultimate Experience). Terapeuci zaprosili nas do swojej grupy, która wyruszała w coroczną podróż do Puttaparthi. Walter był podekscytowany. Ja zastanawiałam się, co, na litość boską, będziemy robili w Indiach, skoro nawet nie znamy miejscowych języków, ale pojechałam.
W styczniu 1992 roku, trzy miesiące od czasu, gdy po raz pierwszy zobaczyliśmy jego zdjęcie, staliśmy przed Bhagawanem Śri Sathya Sai Babą.
Pierwsze interview
Pierwsza podróż przypominała wakacje. Swami wyjechał do Bombaju (dzisiejszego Mumbaju) na 8 dni, a my mieliśmy czas na zwiedzanie okolicy. Gdy Swami wrócił do Puttaparthi, otrzymaliśmy darszan (święte widzenie boskości), a później wróciliśmy samolotem do domu. Dla nas Swami wciąż był obcy.
Rok później, w czasie drugiej podróży, zdobyliśmy się na odwagę i poprosiliśmy Swamiego o interview.
Walter: Z charakterystyczną dla siebie łagodną stanowczością Swami zapytał: "Czego chcesz?". Odpowiedziałem, że chcę interview. Kazał mi powtórzyć to na głos jeszcze raz, chociaż byłem nieśmiały. Wtedy powiedział: "Chodź". Po roku oczekiwania znaleźliśmy się w pokoju interview.
Było nas ośmioro: para naszych terapeutów, starsze małżeństwo z Indii, młoda Hinduska z dzieckiem i nas dwoje. Swami zmaterializował pierścień dla starszego pana ze swoją podobizną. "Podoba ci się ten pierścień?" - zapytał Swami. Mężczyzna odpowiedział: "Tak", ale Swami nie był przekonany. "Oddaj mi ten pierścień". Wziął pierścień do ręki (siedziałem jakiś metr dalej), zamknął dłoń, otworzył ją, a tam, gdzie była podobizna Swamiego, teraz błyszczał diament! Umysł się wyłącza, gdy widzi się coś takiego. Rozum przestaje funkcjonować; tylko oczy patrzą.
Dziecko młodej matki zaczęło się niepokoić. "Zachowaj spokój" - powiedział jej Swami - "Nic ci się tu nie przydarzy". Lekkim ruchem ręki sprawił, że pojawił się cukierek (misri), który włożył dziecku do ust. Niemowlę od razu się uspokoiło.
Jednak to, co wydarzyło się później, było dla mnie najcenniejszą chwilą. Po zakończeniu interview Swami stanął przede mną i wykonał zwykły gest błogosławieństwa ręką, ruch, którego nigdy nie zapomniałem i który będę zawsze pielęgnował w sercu.
"Będziesz miał długie, błogosławione, szczęśliwe i boskie życie" - powiedział Swami. Byliśmy jeszcze młodzi. Znaliśmy Swamiego zaledwie od 2 lat. Zapisałem jego słowa, ale wtedy nie rozumiałem, co mi dał. Zrozumiałem to dopiero 15 lat później!
Drugie serce
Walter: Boże Narodzenie w roku 2006: Siedziałem razem z chórzystami, z trąbką przy ustach i grałem "Amazing Grace" przed Swamim w Sai Kulwant Hall. Istnieje nawet nagranie wideo z tego wydarzenia. Byłem zatopiony w błogości.
Trzy miesiące później, w marcu 2007 roku, miałem atak serca. Musiałem przejść ratującą życie operację na otwartym sercu. Zanim przewieziono mnie na salę operacyjną, anestezjolog i pielęgniarka przygotowywali mnie do zabiegu w małej salce. Na ścianie wisiał telefon. Gdy leżałem na wózku, po cichu trzy razy powtórzyłem w myślach mantrę Gajatri. Później modliłem się: "Swami, proszę, kieruj rękami wszystkich, którzy mnie teraz dotykają". Gdy skończyłem modlitwę, zadzwonił telefon. Pielęgniarka spojrzała na swoją koleżankę. "Kto dzwoni?" - zapytała i odebrała telefon. Nikt się nie odezwał. Zdziwiona odłożyła słuchawkę. Od razu to zrozumiałem. "Dziękuję Ci, Swami" - powiedziałem do siebie. "To Ty dzwoniłeś!". Później zaczęła działać narkoza. Wszczepiono mi z powodzeniem 5 by-passów.
Było to prawie 20 lat temu. Czasami lata po operacji nazywam drugim życiem, a serce, które bije w mojej klatce piersiowej - drugim sercem. Dopiero po operacji zrozumiałem, co Swami powiedział na pierwszym interview dawno temu: "Długie, błogosławione, szczęśliwe i boskie życie". Powiedział tę prawdę, zanim jeszcze wiedziałem, o co zapytać.
Skąpani w błogości
Christiane: Wracaliśmy do Indii co roku. Wydawało się, że rozeszła się wieść, iż ilekroć Walter prosił Swamiego o interview, Baba odpowiadał "tak". Wkrótce wielbiciele zaczęli prosić o dołączenie do naszej grupy. W pewnym momencie było nas 45 osób. Każdego roku nosiliśmy identyczne chusty, aby można było nas łatwo rozpoznać w tłumie.
Gdy któregoś roku Walter podszedł do Swamiego, aby podać mu liczbę osób, pomylił się w liczeniu. Powiedział: "44". Swami uśmiechnął się i go poprawił: "Nie! 45". Odesłano nas.
Następnego dnia nasza grupa znowu zebrała się w pełnym składzie 45 osób. Pozwolono nam wejść na werandę i poczekać na interview. Wtedy pojawiła się tam pewna kobieta z Niemiec w innej chuście i upierała się, że miała sen, w którym powiedziano jej, że może do nas dołączyć. Starszy wolontariusz próbował ją odesłać, ale ona nie chciała odejść. Atmosfera stała się napięta. Przyszedł Swami; poprosił ją o opuszczenie werandy. Jednak kobieta nadal nie chciała odejść. W końcu Swami oznajmił że wszystkie kobiety będą musiały wrócić do kolejki na darszan, a na interview wejdą wyłącznie mężczyźni.
Wówczas bardzo słabo mówiłam po angielsku. Cała ta wymiana zdań (kobieta, spór, oświadczenie Swamiego) przeszła obok mnie i nie wywarła na mnie żadnego wpływu. Działo się ze mną coś innego.
Otrzymałam takie błogosławieństwo i taką błogość (anandę) od Swamiego, że całkowicie się w niej zatopiłam. Nawet nie zauważyłam, że poproszono nas o opuszczenie werandy. Mechtylda, która była w naszej grupie, wzięła mnie za rękę i poprowadziła. Wtedy uświadomiłam sobie, że ona się trzęsie. Usiadłyśmy z boku, gdy mężczyźni weszli do środka, a ja wciąż pozostawałam w tym cudownym stanie energii. Naprawdę nie czułabym się lepiej, nawet gdybym weszła do pokoju interview.
Dopiero po latach zrozumiałam, jaką łaskę otrzymałam tamtego dnia. Nie wpuszczono mnie do pokoju interview, siedziałam na werandzie, a Swami obdarzył mnie błogością.
"Następnym razem przyjdź z żoną"
Walter: Rok lub dwa lata później miałem następne interview. Christiane, która zmagała się z problemami krążeniowymi, została w kolejce po darszan. W naszej grupie było czterech mężczyzn. Pod koniec interview Swami odesłał pozostałych z wewnętrznego pokoju i przez kilka chwil zatrzymał mnie przy sobie.
Wyobraźcie to sobie. Bóg i ja. Mały Walter i Bóg w jednym pokoju. Swami wziął mnie za rękę, delikatnie ją pogłaskał i powiedział: "Następnym razem przyjdź z żoną".
Dosłowne znaczenie było jasne. Głębsze znaczenie ujawniło się dopiero później. "Przyjdź z żoną" oznaczało: okazuj jej więcej czułości, spędzaj z nią więcej czasu i rób z nią więcej rzeczy. Był to sposób Swamiego. Nieczęsto udzielał bezpośrednich wskazówek; posługiwał się obrazami, aluzjami i gestami. Wskazówki te ujawniały się w tobie na przestrzeni miesięcy lub lat, a gdy to się działo, wiedziałeś, że to przez cały czas był Swami. Na innym interview Swami dwukrotnie wspomniał o pustym miejscu Christiane: "To dobra kobieta. To dobra kobieta" - powiedział.
Od służby w hospicjum do służby w więzieniu
Christiane: Gdy na początku lat 90. po raz pierwszy przybyliśmy do Swamiego, zadaliśmy sobie pytanie, jaką sewę (bezinteresowną służbę) moglibyśmy wypełniać w jego imieniu. Postanowiliśmy podjąć pracę w hospicjum. Trzy razy podejmowaliśmy próbę i trzy razy droga ta była zablokowana. Byliśmy zdezorientowani. Wtedy w ośrodku Sai w Monachium sytuacja się wyjaśniła - mieliśmy służyć w więzieniu.
Dołączyliśmy do grupy działającej przy katolickim stowarzyszeniu pomocy dla mężczyzn - niewielkiej grupy świeckich wolontariuszy pomagających mężczyznom osadzonym w więzieniu Stadelheim w Monachium. Walter zabrał do Brindawanu list z intencją, złożył go u stóp Swamiego, a Swami go przyjął. Od tego dnia czuliśmy błogosławieństwo Swamiego dla naszej pracy. Czuliśmy to w głębi serca, a wszystko zaczęło się układać.
Minęło już ponad 30 lat. Jesteśmy jedynymi wolontariuszami, którzy zostali z pierwszej grupy; inni przychodzili i odchodzili na przestrzeni lat. Oddział, na którym pracujemy, to najcięższy oddział w więzieniu - oddział dla przestępców seksualnych, gdzie mężczyźni są odseparowani od pozostałych osadzonych dla własnego bezpieczeństwa. Praca jest ciężka, mężczyźni są często załamani psychicznie. Dlatego chcieliśmy porzucić tę służbę, ale nie zrobiliśmy tego.
W więzieniu nie rozmawiamy o Swamim. Nie wolno nam nawracać innych i nie chcielibyśmy tego robić. Staramy się być sobą. Mężczyźni w jakiś sposób wyczuwają, że tam jest nasze miejsce. Swami działa przez nas, przez naszą prawdziwą istotę.
Od Szawła do Pawła
Pewnego razu praca z jednym wyjątkowo trudnym więźniem doprowadziła nas do granic wytrzymałości. Napisaliśmy o nim w liście do Swamiego i poprosiliśmy go, aby zajął się tym człowiekiem, ponieważ nie byliśmy w stanie tego zrobić. Na darszanie Walter przekazał list Swamiemu. Gdy wróciliśmy na oddział po kilku kolejnych wizytach, mężczyzna zapytał nas nieśmiało: "Czy mógłbym dostać jedną z książek o Babie?".
Byliśmy w szoku. Nie rozmawialiśmy z nim o Babie. Wyjaśnił, że we wspólnym pokoju na oddziale stoi telewizor, i że obejrzał film dokumentalny o indyjskich guru i awatarach. W tym filmie pojawił się Swami. "Muszę dowiedzieć się więcej" - powiedział.
Poprosiliśmy kierownictwo więzienia o specjalne zezwolenie i przynieśliśmy mu książkę Johna Hislopa - Mój Baba i ja - tę samą książkę, która pierwsza otworzyła nam oczy. Mężczyzna przeczytał ją i powoli przeszedł całkowitą przemianę: z Szawła w Pawła - jak mówi Biblia.
Człowiek ten w końcu wyszedł z więzienia. Towarzyszyliśmy mu na wolności, tak jak robiliśmy to w więzieniu. Ożenił się, a Christiane była świadkiem na jego ślubie. Jego żona dzwoni do nas do dzisiaj. Z trudnego więźnia stał się naszym drogim przyjacielem.
Odrobiona lekcja
Christiane: Przez kilka lat prowadziłam na oddziale w więzieniu kurs gotowania potraw wegetariańskich. Nalegałam, aby przejść na wegetarianizm. Mówiłam skazanym: "Jeśli chcecie zjeść sznycla, możecie go sami usmażyć; nie musicie uczyć się tego ode mnie". Wyobrażali sobie, że chcą mięso, ale zamiast tego pokochali wegetariańskie pizze i potrawy z soczewicy. Prawie zawsze ktoś przychodził w złym humorze. "Najpierw pokrój marchewki" - mówiłam do niego, a zanim posiłek trafił na stół, chmura złego humoru się rozproszyła. Często byli to mężczyźni, których małżeństwa rozpadły się podczas pobytu w więzieniu, od których rodziny się odwróciły i którzy nosili w sobie więcej smutku, niż byli w stanie wyrazić słowami.
Jeden z nich, młody człowiek, o którym kiedyś prywatnie myślałam, że jest beznadziejny ("taki zaniedbany chłopak, on niczego nie rozumie" - myślałam), wyszedł z więzienia i zniknął z naszego życia.
Pięć lat później, tuż przed Bożym Narodzeniem, zadzwonił telefon. To był on. "Nie mogę o was zapomnieć" - powiedział. Zapytałam, czym się teraz zajmuje. Odpowiedział, że pracuje jako wolontariusz. Dlaczego? Dlatego że, jak stwierdził: "Kiedyś na zajęciach z gotowania powiedziałaś nam, że aby być szczęśliwym, trzeba robić coś dobrego". Nawet nie pamiętałam, że to powiedziałam, ale on nosił to jedno zdanie w sercu przez 5 lat.
Ta chwila mnie odmieniła. Nauczyłam się zwracać uwagę na każdą myśl i każde słowo. Nigdy nie wiadomo, które z nich stanie się zalążkiem czyjejś łaski. Nawet gdy wydaje ci się, że ktoś nie słucha, nawet gdy wydaje ci się, że ktoś nie rozumie, łaska wciąż może nadejść. Teraz każdemu trudnemu osadzonemu daję kredyt zaufania, wierzę w niego; ufam, że obecna w nim boskość jest prawdziwa, nawet jeśli jej nie dostrzegam. Ci mężczyźni wyczuwają tę różnicę, wyczuwają każdą myśl. Przez 30 lat nie czułam strachu na tym oddziale.
Walter: Gdy pewnego razu wyraziłem zaniepokojenie, że Christiane przebywa sama z mężczyznami w kuchni, wybrany przez więźniów rzecznik wstał i powiedział: "Walterze, jeśli Christiane spadnie choćby jeden włos z głowy, ten więzień nie wyjdzie stąd żywy". Christiane zawsze była traktowana bosko, jak sama stwierdziła.
"Mea culpa" Uwego
Pierwszym mężczyzną, którego powierzono naszej opiece, był Uwe. Większość życia spędził w więzieniu. Najpierw w byłej NRD, gdzie odmówił podporządkowania się reżimowi, a później w RFN z innych powodów. Odbył już 10 lat kary, kiedy kurator sądowy poprosił nas, abyśmy się nim zajęli.
Uwe wyszedł z więzienia. Często nas odwiedzał, ponieważ czuł się samotny. Zabieraliśmy go na uroczystości rodzinne i do domu opieki, gdzie mieszkała matka Christiane. Gdy ona pchała przez korytarz wózek inwalidzki swojej matki, Uwe pchał obok niej wózek innego pensjonariusza. Cieszył się wolnością i służył innym, przez pewien czas rozkwitał.
Potem znów upadł. Poznał kobietę i powróciły stare nawyki. Uwe został odesłany do więzienia dla osób z długimi wyrokami w Straubing, oddalonego o wiele godzin drogi od nas. Nie mogliśmy go odwiedzać zbyt często. Prosił o listy, a my do niego pisaliśmy.
Podczas tego drugiego pobytu w więzieniu wydarzyło się coś, co miało głębsze znaczenie. Gdy Uwe w końcu odbył karę w innym więzieniu krajowym i przeniesiono go do ośrodka resocjalizacyjnego, nadszedł ten dzień, w którym napisał list, na jaki czekaliśmy wiele lat. Przeprosił swoje ofiary. Przeprosił nas za to, że przysporzył nam wielu kłopotów i że znowu popadł w nałóg. "Jakim byłem głupcem, że tego nie widziałem" - dokładnie tak brzmiały jego słowa.
Kiedy przeczytaliśmy te słowa, przyszedł nam na myśl werset z "Amazing Grace", hymnu, który Walter zagrał przed Swamim na trąbce w Boże Narodzenie: "Kiedyś byłem ślepy, ale teraz widzę".
Kilka miesięcy później Uwe wyszedł z więzienia. Mieliśmy nadzieję, że był to ostatni raz. Dzwonił do nas w każdą niedzielę. Odwiedzał przyjaciół i zaczął chodzić na badania kontrolne. Był człowiekiem, który niedawno odzyskał wolność i znowu mógł żyć.
Pewnej niedzieli Uwe nie zadzwonił. W następną niedzielę też nie zadzwonił. Zadzwoniliśmy do ośrodka resocjalizacyjnego. "Dzisiaj rano otrzymaliśmy wiadomość" - powiedział mężczyzna przy telefonie - "Uwe zmarł w szpitalu".
Pod koniec Uwe nie miał przy sobie telefonu i nie mógł się z nami skontaktować. Jednak przed śmiercią napisał: "Przepraszam" - prawdziwa "mea culpa". Dla nas stanowiło to istotę jego życia. Taki cel wyznaczył mu Swami - umrzeć, widząc i rozumiejąc.
Dzięki niemu wszystko stało się możliwe
Bez Swamiego to wszystko by się nie wydarzyło. Nasze małżeństwo by nie przetrwało. Nie otrzymałbym drugiego życia dzięki drugiemu sercu. Nie doświadczylibyśmy błogości na werandzie. Nie bylibyśmy w stanie służyć w więzieniu przez 30 lat i być świadkami transformacji tak wielu trudnych i dotkniętych problemami osób. Nie dowiedzielibyśmy się, jak jedno zdanie wypowiedziane podczas lekcji gotowania przetransformowało chłopaka, który nosił je w sercu przez 5 lat, a także nie zobaczylibyśmy ostatniego "przepraszam" Uwe skierowanego do Boga.
Gdy każdego dnia recytujemy Wedy i ofiarowujemy modlitwy, ostatnie zdanie jest zawsze takie samo: "Dziękujemy Ci Swami, że mogliśmy Cię poznać i że nas chronisz".
Walter i Christiane Kettererowie z Niemiec
* * * * *
Walter i Christiane Kettererowie mieszkają w Niemczech. Są wielbicielami Bhagawana Śri Sathya Sai Baby od wczesnych lat 90. Wiele razy odwiedzali Prasanthi Nilayam i otrzymywali błogosławieństwa od Bhagawana. W 2006 roku Walter wystąpił razem z chórem w Boże Narodzenie, w boskiej obecności. Praktykując nauki Swamiego, Walter i Christiane Kettererowie zaangażowali się w projekty służby dla społeczeństwa realizowane przez MOSS w Niemczech. Zawodowo Walter szkolił się w obróbce metali, ale pracował jako introligator, zanim przeszedł na emeryturę w 2010 roku.
(dk)
Źródło: Sathya Sai - The Eternal Companion, vol. 5, issue 7, July 2026
www.sathyasai.org/sites/default/files/pages/eternal-companion/vol-5/issue-7/eternal-companion-vol-5-issue-07.pdf
10.07.2026
**Pobierz tekst do druku