Dlaczego się lękasz, skoro Sai jest tutaj
Choć od zdarzenia, które opiszę, minęło ponad 25 lat, nie mogę w pełni zrozumieć znaczenia tego, co się stało. Potrafię dokładnie opisać przebieg wydarzeń i wyraźnie przypomnieć sobie każdą chwilę, lecz niewidzialna łaska, która mnie prowadziła i chroniła, nadal pozostaje poza zasięgiem mojego intelektu. Być może nie jest ona przeznaczona do rozumienia, a jedynie do doświadczania, zapamiętania i wielbienia.
Dzień, który zaczął się jak każdy inny
Był 23 listopada 2000 roku, dzień urodzin Bhagawana. Wówczas pracowałem w Nigerii jako kontroler finansowy w firmie produkującej włókno poliestrowe. Nasz dom znajdował się na terenie kampusu firmy w Ikorodu, na przedmieściach Lagos. Mieliśmy uporządkowane, zorganizowane i przewidywalne życie. Moje obowiązki były wymagające, ale dobrze mi znane, a moje dni upływały zgodnie z rutyną, która nabrała pewnego rytmu.
23 listopada 2000 roku (wieczór)
Moja żona, Giridża, pracowała jako dyplomowana nauczycielka matematyki w Indyjskiej Szkole Językowej (Indian Language School) w Lagos, która realizowała program nauczania Centralnej Rady Szkolnictwa Wyższego (Central Board of Secondary Education) obowiązujący w Indiach. Zaczynała dzień znacznie wcześniej niż ja. Transport szkolny przyjeżdżał o godzinie 5.30, przewoził zarówno nauczycieli, jak i dzieci, aby można było dotrzeć do szkoły na długo przed porannymi godzinami szczytu. Pomimo wczesnej pory i wymagań związanych z wykonywanym zawodem, Giridża miała w sobie ciche oddanie, które wyrażało się w prosty, a jednocześnie głęboki sposób.
Tego konkretnego poranka, tak jak czyniła to w poprzednich latach, Giridża w nabożnym skupieniu przygotowała małe ciastko, położyła je przed zdjęciem Swamiego i łagodnie wyszeptała: "Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, Swami".
Muszę przyznać, że w tamtym okresie mojego życia nie byłem głęboko oddany Swamiemu. Wychowałem się w tradycyjnej rodzinie tamilskich Ajjarów, w której oddawanie czci Bogu było częścią struktury kulturowej, ale moje własne połączenie ze Swamim nie dojrzało jeszcze do osobistego przekonania. Szanowałem oddanie Giridży i nigdy go nie kwestionowałem, ale pod wieloma względami pozostawałem zdystansowanym obserwatorem.
Pozostała część poranka przebiegła jak zwykle. Giridża przygotowała śniadanie i obiad przed wyjściem do szkoły. Ponieważ nasze mieszkanie znajdowało się na terenie kampusu firmy, podczas przerwy obiadowej wracałem do domu, podgrzewałem przygotowane jedzenie, jadłem obiad i wracałem do pracy. Nie działo się nic niezwykłego, nic złowróżbnego i nic nie wskazywało na to, że ten dzień będzie punktem zwrotnym w moim życiu.
Gwałtownie przerwana podróż
Tego popołudnia miałem zaplanowane spotkanie z wysokim rangą urzędnikiem banku, z siedzibą na wyspie Victoria, oddalonej od naszego biura o około 30-35 kilometrów. Poinformowałem dyrektora wykonawczego i około godziny 14.00 wyruszyłem w drogę służbowym samochodem, niebieskim Daewoo Cielo, w towarzystwie mojego kierowcy.
Pierwszy odcinek podróży przebiegał bez przygód, ale po kilku kilometrach zauważyliśmy coś dziwnego i niepokojącego. Kilka pojazdów jadących przed nami zatrzymało się, a ludzie wysiedli z samochodów i pobiegli na pobliskie pola. Nagłość ich zachowania i brak zrozumiałego wyjaśnienia wywołały atmosferę zamętu.
Zapytałem kierowcę, czy wie, co się dzieje, ale nie miał pojęcia. Biorąc pod uwagę sporadyczne doniesienia o niepokojach w niektórych rejonach, uznałem, że rozsądnie będzie nie jechać dalej. Natychmiast kazałem mu zawrócić i kierować się z powrotem do biura.
Gdy zawracaliśmy, obok nas z dużą prędkością przemknął biały Mercedes Benz, o włos unikając zderzenia z naszym pojazdem. Zaraz po nim pojawił się kolejny samochód, który jechał tuż za nami. Zanim zdążyliśmy się zorientować, co się dzieje, zauważyliśmy, że pasażerowie drugiego samochodu wychylają się przez okna, trzymając broń palną. To, co nastąpiło potem, rozegrało się z zawrotną szybkością.
Chwile największego niebezpieczeństwa
Mężczyźni w samochodzie stojącym za nami otworzyli ogień. Odległość między naszymi pojazdami wynosiła zaledwie 6-9 metrów. Odgłos strzałów przerwał ciszę i spokój popołudnia. Kule seriami uderzały w nasz samochód, rozbijając szyby i przebijając metalową ramę.
Nagłość i gwałtowność ataku nie pozostawiły czasu na zastanowienie. Instynktownie przykucnąłem, schowałem się między przednie a tylne siedzenie i szukałem jakiejkolwiek osłony. Mój kierowca zareagował błyskawicznie, próbował wycofać samochód, aby oddalić się od linii ognia. Przez krótką chwilę samochód reagował, ale potem gwałtownie się zatrzymał. Kierowca wielokrotnie próbował ponownie uruchomić silnik, ale ten nie chciał zapalić. W samochodzie nie zadziałał system antywłamaniowy.
W ciągu kilku sekund uzbrojeni mężczyźni otoczyli nasz pojazd. Jeden z nich podszedł od strony kierowcy i odezwał się do niego w lokalnym języku joruba. Później kierowca wyjaśnił mi, że mężczyźni domagali się informacji, czy przewozimy gotówkę i grozili, że nas zabiją jeśli nie spełnimy ich żądań. Wyraźnie wstrząśnięty kierowca wysiadł z samochodu. Napastnicy próbowali sami uruchomić pojazd, ale ich wysiłki zakończyły się niepowodzeniem.
Od mojej strony podszedł inny mężczyzna z karabinem i otworzył drzwi. Stanowczym gestem kazał mi wysiąść. Zrobiłem to bez oporu. Przeszukał mi kieszenie i zabrał pieniądze, które miałem przy sobie, a także zegarek na rękę. Bez wahania wyrzucili na jezdnię dokumenty, które wiozłem na spotkanie. Jednak to, co najbardziej utkwiło mi w pamięci, to nie gwałtowność tej sytuacji, ale stan umysłu, w jakim się wtedy znajdowałem.
Niewytłumaczalny spokój
W okolicznościach, które normalnie wywołałyby ogromny lęk, nie odczuwałem go wcale. Nie było paniki, drżenia, desperackich prób oporu czy ucieczki. Zamiast tego odczuwałem spokój, który mogę opisać jedynie jako głęboki i całkowity. Nie był to spokój, który sam w sobie wywołałem, ani rezultat jakiegokolwiek świadomego wysiłku. Spokój po prostu istniał, niezmienny i niezachwiany, nawet gdy sytuacja wokół mnie pozostawała niestabilna.
W pewnej chwili powiedziałem napastnikom, że jeśli chcą pieniądze, mogę je wyjąć i im dać. Słowa te padły naturalnie, bez niepokoju i wahania. Jednak oni nie odpowiedzieli. Wzięli to, co chcieli i opuścili miejsce zdarzenia tak szybko, jak się pojawili.
Przez cały czas trwania tego zdarzenia nie było nikogo innego na tym odcinku drogi. A jednak, pomimo niebezpiecznej sytuacji, ani mój kierowca, ani ja nie odnieśliśmy żadnych fizycznych obrażeń.
Ukryta ochrona
Gdy napastnicy odjechali, ludzie zaczęli wychodzić z okolicznych domów. W ciągu kilku minut wokół nas zebrał się tłum. W powietrzu unosił się zapach prochu, a w uszach wciąż dzwoniło mi od ostrej wymiany ognia. Ludzie uważali, że to Bóg mnie ocalił i zaprosili mnie do swojego kościoła, abym wyraził Mu wdzięczność.
Gdy samochód zabrano i zbadano, stwierdzono, że ma 19 widocznych dziur po kulach. Każda z nich mogła spowodować bardzo poważne konsekwencje.
Po przeprowadzeniu dokładniejszej kontroli okazało się, że jedna z kul przebiła przewód paliwowy pojazdu. Dlatego samochód zgasł i nie dało się go ponownie uruchomić. Wówczas wydawało się, że jest to decydująca awaria, która pozostawiła nas bezbronnymi. Z perspektywy czasu stało się jasne, że awaria ta nie pozwoliła napastnikom odjechać samochodem.
Gdyby samochód pozostał sprawny, sytuacja mogłaby przerodzić się w coś znacznie poważniejszego, być może nawet w porwanie. To, co w tamtej chwili wydawało się nieszczęściem, później okazało się szczęściem w nieszczęściu.
Subtelna transformacja
Wróciłem do domu. Giridża była głęboko zaniepokojona tym, co się wydarzyło. Wcześniej zobaczyła uszkodzony samochód i nie mogła uzyskać klarownego wyjaśnienia od kierowcy, który cały czas był w szoku.
Gdy opowiadałem mojej żonie o tym zdarzeniu, czułem, że coś się we mnie zmieniło. Nie była to żadna gwałtowna przemiana, ani nie towarzyszyła jej żadna zewnętrzna deklaracja. Była to cicha, wewnętrzna zmiana - uświadomienie sobie, że istnieje wymiar życia, którego wcześniej nie dostrzegałem. Zgodnie z sugestią Giridży postanowiliśmy, że w czasie następnego pobytu w Indiach, pojedziemy do Puttaparthi, aby odwiedzić Bhagawana.
Patrząc na to z perspektywy czasu, mam świadomość, że Swami przyciąga nas przez przeżyte doświadczenia, przez chwile, które pozostawiają niezatarte wrażenie w sercu.
Wszechobecny wgląd
Zdarzenie to miało jeszcze jeden aspekt, który pogłębił moje rozumienie. Dokładnie w tej samej chwili, w której zdarzenie to miało miejsce w Lagos, mój szwagier, Kriszna Śriniwasan, przebywał w Prasanthi Nilayam. Później powiedział mi, że około godziny 18.30 czasu indyjskiego, Swami patrzył na niego uważnie przez dłuższy czas. Gdy porównaliśmy godziny, uświadomiliśmy sobie, że zgadzają się dokładnie. Do zdarzenia w Lagos doszło około 14.00, czyli o 18.30 czasu indyjskiego.
Te dwa zdarzenia doświadczane w różnych miejscach, w różnych strefach czasowych, ale w tym samym czasie, wydawały się powiązane i wywarły na mnie trwałe wrażenie. Oznaczały wszechobecność, która wykraczała poza fizyczne granice.
Odpowiedzi, które przyszły bez pytania
W roku 2002 miałem okazję odwiedzić Puttaparthi. Dla kogoś, kto po raz pierwszy przebywał w aszramie, wszystko wydawało się inne. Dyscyplina, cisza i zbiorowe oddanie tworzyły atmosferę, która była zarówno nieznana, jak i głęboko poruszająca.
Na darszanie Swami stał zaledwie kilka rzędów dalej, z twarzą zwróconą w naszą stronę. Miał promienny wygląd, a jego spojrzenie przenikało przestrzeń. Zauważyłem, że mężczyzna, który siedział obok mnie, miał łzy w oczach i ręce złożone w geście oddawania czci. Wówczas nie potrafiłem w pełni zrozumieć przyczyny jego wzruszenia. Z czasem zrozumiałem, że takie reakcje wynikają z wewnętrznej więzi, której nie da się opisać słowami.
Tego samego dnia Giridża przeżyła coś, co wywarło na nas niezatarte wrażenie. Miała w głowie pewne pytania, szukając wskazówek, ale nie wyrażała ich na zewnątrz.
Po darszanie Giridża podeszła do kobiety, która właśnie zakończyła interview ze Swamim, i zapytała ją, czy zechciałaby podzielić się tym, co się wydarzyło. Kobieta zgodziła się i powiedziała mojej żonie, że Swami poradził im, aby nie prosili o drobne przedmioty materialne, takie jak dom, lecz szukali jego, a wtedy on odda się im w pełni. Kobieta powiedziała, że Swami wyjaśnił, iż pojawia się w snach zgodnie z własną wolą, gdy wielbiciele rzeczywiście go potrzebują.
Słowa te stanowiły dokładną odpowiedź na pytania, które zadawała sobie Giridża. Nie doszło do bezpośredniego kontaktu ani nie pojawiła się żadna prośba, a mimo to otrzymała niezwykle jasną i dokładną odpowiedź.
Łaska w życiu codziennym
Kolejne zdarzenie, w tym samym 2002 roku, jeszcze bardziej umocniło naszą rosnącą wiarę. Podczas pobytu w Czennaju na rodzinnym ślubie, w autorikszy zgubiłem torbę z dużą sumą pieniędzy, także w obcej walucie. Wtedy nie było telefonów komórkowych, a ja nie zapisałem numeru rejestracyjnego pojazdu. Moje próby zlokalizowania autorikszy okazały się daremne, a policja nie była w stanie mi pomóc. Modliliśmy się, ponieważ nie mogliśmy nic zrobić.
Po długich poszukiwaniach, które nie przyniosły rezultatów, odebrałem telefon od przyjaciela, Wenkatesza. Kierowca autorikszy znalazł torbę i zdołał skontaktować się z Wenkateszem. Dzięki splotowi zdarzeń - które wydawały się nieprawdopodobne, ale doskonale zaplanowane - poszedłem na spotkanie z kierowcą autorikszy, a on zwrócił mi torbę.
Kierowca autorikszy znalazł torbę, ale nie umiał czytać, więc poprosił o pomoc pasażera. Gdy pasażer otworzył mój dziennik cyfrowy, pojawił się w nim ostatni zapisany numer telefonu i adres, które, jak się okazało, należały do Wenkatesza! To jedno połączenie pozwoliło kierowcy skontaktować się ze mną.
Takie zdarzenia rozpatrywane osobno, mogą wydawać się przypadkowe. Jednak w kontekście szerszego wzorca ukazują spójny wątek boskiej opieki.
Sai abhaja-hastam (błogosławieństwo nieustraszoności)
Gdy zastanawiam się nad tymi doświadczeniami, dostrzegam wzorzec, którego wtedy nie widziałem. W chwilach zagrożenia odczuwałem ochronę, w chwilach niepewności - przewodnictwo, a gdy inne drogi wydawały się zamknięte - pomoc.
Gdy tego dnia w Nigerii otoczyły mnie kule, a bezpośrednie zagrożenie utraty życia było bardzo realne, doświadczyłem stanu całkowitej nieustraszoności. Jej źródłem nie była moja własna siła ani odwaga. Nieustraszoność była rezultatem działania ochronnej dłoni (abhaja-hastam) Sai, której nie mogłem zobaczyć, ale którą bez wątpienia czułem.
Dzisiaj już nie próbuję analizować ani wyjaśniać tych zdarzeń. Przyjmuję je z wdzięcznością i trzymam się cichego, ale wielkiego zapewnienia: Dlaczego się lękasz, skoro Sai jest tutaj.
Dżej Sai Ram.
Śri M. Widja Śankeran z Indii
* * * * *
Śri M. Widja Śankeran mieszka w Indiach i jest członkiem Instytutu Biegłych Księgowych Indii. Pracował w Azji i Afryce w wielu różnych branżach. Jest właścicielem firmy świadczącej usługi w zakresie finansów i strategii operacyjnej. Śri Śankeran jest gorliwym wielbicielem Swamiego zaangażowanym w zarządzanie charytatywnym funduszem powierniczym Sai Premanjali Charitable Trust, który zapewnia opiekę zdrowotną, ubrania i przybory szkolne dzieciom z ubogich rodzin mieszkających na obszarach wiejskich w okolicach miasta Madurai w Indiach.
(dk)
Źródło: Sathya Sai - The Eternal Companion, vol. 5, issue 6, June 2026
www.sathyasai.org/sites/default/files/pages/eternal-companion/vol-5/issue-6/eternal-companion-vol-5-issue-06.pdf
14.06.2026
**Pobierz tekst do druku