STRONA GŁÓWNA | SATHYA SAI BABA | NAUKI | ORGANIZACJA | PUBLIKACJE | AKTUALNOŚCI | MYŚL DNIA | GALERIA | JEDZIEMY DO SAI | KONTAKT Z NAMI | MULTIMEDIA | DYSKURSY MP3 | LINKI | MAPA SERWISU | SKLEP









:: Wieści z Prasanthi Nilajam

powrót do Wieści z Prasanthi Nilajam




Życie z Bogiem to prawdziwa edukacja


Nie pojechałem do Indii w poszukiwaniu Boga. Pojechałem tam, ponieważ byłem młody, ciekawy i niespokojny. Tak jak wielu poszukiwaczy z mojego pokolenia, podróżowałem lądem i przemierzałem kontynenty z powodu nieodpartej tęsknoty za Bogiem. W czasie drugiej podróży prawie rok wędrowałem po Indiach. Odwiedziłem Katmandu, Goa i niezliczone inne święte miejsca pielgrzymek. Spotkałem wędrownych sadhu, których obecność poruszyła we mnie coś głęboko duchowego. Nie zdawałem sobie z tego sprawy, że rozpoczęła się we mnie przemiana, zarówno wewnętrzna, jak i zewnętrzna. Ubierałem dhoti (tradycyjny indyjski strój męski), nosiłem torbę sadhu i miałem tak opaloną skórę, że ludzie czasami brali mnie za Hindusa.

Spotkanie z przeznaczeniem na drodze wybranej, aby go uniknąć

Był rok 1970, miałem 25 lat. Gdy pewnego dnia stałem na zatłoczonym targu w Bangalore, nagle podszedł do mnie nieznajomy i nalegał, abym koniecznie spotkał się z Sai Babą i innym joginem. Nie miałem na to ochoty i odmówiłem. Odwiedziłem kilka aszramów i uważałem, że wiem już wystarczająco dużo. Jednak przeznaczenie ma swoje drogi perswazji. Jak zwykle zacząłem podróżować autostopem i dotarłem do Hajdarabadu zamiast do Madrasu (znanego dziś jako Czennaj), który był moim planowanym celem podróży. W pobliżu Muddenahalli, niedaleko twierdzy Nandi Hills, amerykańska para zatrzymała minibus i zaproponowała, że mnie podwiezie. W samochodzie wisiało duże zdjęcie mężczyzny z niezwykłą fryzurą. Pamiętam, że pomyślałem, iż ten człowiek wygląda jak Jimi Hendrix. Powiedzieli mi, że to Sathya Sai Baba i że jadą do Puttaparthi na święto Mahaśiwaratri obchodzone 6 marca. W Indiach było to ważne święto, które wiązało się z postem, śpiewaniem pieśni pochwalnych na cześć boga Śiwy i całonocnym czuwaniem przyciągającym tłumy. Postanowiłem pojechać z nimi.

Najważniejsza jest wiara w siebie

Gdy przybyłem na miejsce, nic nie odpowiadało moim wyobrażeniom. Myślałem, że będzie to coś w rodzaju małej Kumbhameli (hinduskiej pielgrzymki, która odbywa się co 4 lata lub co 12 lat, i jest jednym z największych zgromadzeń publicznych na świecie) - zgromadzenia sadhu i ascetów. Zamiast tego zobaczyłem zwykłych ludzi siedzących w ciszy. Spałem nad brzegiem rzeki Czitrawati na słomianej macie, kąpałem się w jej wodach i codziennie uczestniczyłem w darszanie. Jednak miałem mętlik w głowie - mój umysł przechodził od euforii do przygnębienia, zwłaszcza w nocy. Wówczas w ogóle nie potrafiłem odnieść się do zewnętrznej formy Swamiego.

Po Mahaśiwaratri, 13 marca, Swami wezwał wielbicieli z Zachodu na interview. Gdy przyszła moja kolej, Swami rozmawiał ze mną w cztery oczy o moim zdrowiu i ciągłym wahaniu się przy podejmowaniu decyzji. Powiedział, że brakuje mi wiary w siebie, która jest najważniejsza i niezbędna dla aspiranta duchowego. Gdy Swami mówił, wydarzyło się coś niezwykłego. Burza w moim umyśle nagle ucichła. To było tak, jakby wzburzone morze w jednej chwili stało się zupełnie spokojne. W głębi serca czułem, że dotarłem do domu - jakby moje problemy i podróże dobiegły końca.

Surowe życie w aszramie

W tamtych czasach Puttaparthi było małą wioską. W aszramie znajdowało się kilka szedów przeznaczonych na zakwaterowanie, mandir do modlitwy i mała stołówka. Spałem na świeżym powietrzu w pobliżu drzewa medytacyjnego (watawrikszy). Czasami w sześciu lub siedmiu dzieliliśmy mały pokój, w którym bezpiecznie przechowywaliśmy bagaże, spędzając większość czasu na werandzie mandiru lub pod gołym niebem. Później, w Whitefield, przez 2 miesiące mieszkałem pod drzewem rosnącym naprzeciwko aszramu Brindawan. Drzewo to było naszym schronieniem, naszym dachem i naszym miejscem zamieszkania.

Gdy studenci rozjechali się do domów na przerwę semestralną, Swami zaprosił nas do szedów w aszramie, gdzie odbywały się zajęcia. Później przyjął nas w swoim domu w Brindawanie. Dostaliśmy mały pokój w pobliżu schodów prowadzących do jego prywatnych kwater na piętrze - chociaż używaliśmy go tylko do trzymania naszych rzeczy i nadal spaliśmy pod gołym niebem. Był to serdeczny i boski, ojcowski gest, który pokazywał, jak bardzo Swami troszczy się o nas, nawet w najdrobniejszych praktycznych sprawach.

Swami traktował nas, młodych ludzi z Zachodu, jak dzieci w przedszkolu, które uczą się duchowości. Każdego wieczoru wzywał nas, uczył prostych bhadżanów, objaśniał indyjskie tradycje i odkrywał przed nami głębszą symbolikę eposów - Ramajany i Mahabharaty. Mieliśmy zapał, ale brakowało nam podstaw. Swami cierpliwie je budował. Pojawiły się nie tylko zakłócenia wynikające z dynamiki grupy, lecz także konflikty. Wyeliminowanie tych wszystkich zakłóceń i skoncentrowanie się wyłącznie na Swamim było wyzwaniem - cennym ćwiczeniem dla życia aspiranta duchowego.

Kieruj się sercem

Największe wrażenie wywarły na mnie nie cuda Swamiego ani przejawy jego mocy, ale wolność, którą dał nam wszystkim. U niektórych nauczycieli czujesz się przytłoczony, tak jakby coś ci narzucano. Dla przykładu, wcześniej przebywałem w Ajodhji - czułem głęboką więź z Panem Ramą. Jednak już po 3 dniach poczułem presję ze strony mieszkańców aszramu, abym został mnichem! W rzeczywistości niektórzy mistrzowie nie byli autentyczni; chcieli zdobywać uczniów i wyznawców z Zachodu jak "trofea", którymi mogliby się pochwalić.

U Swamiego tak nie było. U Swamiego zawsze czułem wewnętrzną wolność, aby kierować się sercem. Był tam, aby mnie prowadzić. Żadnego przymusu. Wiele razy czułem, że Swami jest w moim sercu! Po prostu wiedziałem, że jestem w domu. Kiedyś odszedłem od kościoła, ale w Indiach moje serce znowu otworzyło się na religię w zupełnie nowy sposób. W ciągu tych miesięcy na nowo odkryłem chrześcijaństwo.

Swami nigdy nie prosił nas, abyśmy porzucili naszą wiarę lub nasze tradycje. Wręcz przeciwnie, mówił nam, abyśmy mocno trzymali się naszej własnej kultury i na nowo odkryli jej istotę. Pewnego razu Swami skorygował kobiety z Zachodu, które naśladowały indyjskie obrzędy odprawiane wokół posągu Ganeszy. Zapytał je, dlaczego naśladują zwyczaje, które w istocie nie są ich zwyczajami. Autentyczność miała większe znaczenie niż ślepe naśladownictwo.

Osobiste rozmowy i wewnętrzna cisza

Wtedy, w 1970 roku, Swami pobłogosławił nas prawie 50-60 interview! Zaczęło się od nauki bhadżanów, a później często zapraszał nas na rozmowy o sprawach duchowych. Dla nas był to zupełnie nowy obszar - zrozumienie symboliki Kriszny czy Radhy, a także ich głębokiego wewnętrznego znaczenia. Chodziło o to, co jest przemijające, a co wieczne, czym jest dżiwa i paramatma, wewnętrzna jaźń i umysł.

Kiedyś w czasie rozmowy ze Swamim przyszła mi do głowy myśl, że mam niewiele pieniędzy, może tylko kilka rupii. Gdy siedzieliśmy ze Swamim, nagle odwrócił się i zapytał: "Potrzebujesz pieniędzy?". Byłem zakłopotany i nie mogłem wydobyć z siebie ani słowa.

Nieczęsto odzywałem się na interview. Przytłaczała mnie obecność Swamiego. Gdy zwracał się do mnie, czułem się jak królik przed lwem - pełen podziwu i oniemiały. Nie miałem żadnych pytań ani uwag. Inni zadawali pytania, a ja ich słuchałem z zapartym tchem. Większy kontakt ze Swamim miałem w snach, w których mnie prowadził, ponieważ w snach znikają zewnętrzne zahamowania i stajesz się innym człowiekiem.

Po kilku miesiącach miałem bardzo realistyczny sen, w którym Swami i Śri Ramakriszna Paramahansa połączyli się w jedną postać. Od dawna byłem wielbicielem Śri Ramakriszny. Po tym śnie Swami stał się dla mnie kimś w rodzaju Sadguru, czyli Boga. Następnego dnia po raz pierwszy poczułem gotowość do pokłonienia się i dotknięcia jego stóp. Obiecałem sobie, że nigdy nie będę naśladował rytuałów, jeśli taka potrzeba nie wypłynie z mojego wnętrza. Wtedy naprawdę chciałem dotknąć stóp Swamiego.

Jedność z wszechświatem

Najważniejsze przesłanie, jakie przekazał mi Swami, było takie, abym pozostał wierny sobie: "Nie naśladuj".

Każdy człowiek musi mieć swoją własną, niepowtarzalną relację z boskością. Stało się to jasne, gdy nasza zżyta grupa wielbicieli z Zachodu zaczęła się rozpadać. Pojawiły się konflikty. Szerzyły się różne interpretacje. Zrozumiałem, że życia duchowego nie można prowadzić grupowo przez naśladowanie; trzeba je przeżywać autentycznie, zarówno indywidualnie, jak i osobiście.

Pewnego dnia wyjechałem z Puttaparthi do Kerali. Myślałem, że mój czas w aszramie dobiegł końca, ale każdej nocy miałem sen ze Swamim. Wreszcie zrozumiałem, że nic się nie skończyło. Gdy wróciłem do aszramu, przeżyłem głębokie doświadczenie, które pogłębiło moją relację ze Swamim.

Siedziałem na dachu domu Radżmaty w aszramie. Podczas medytacji zauważyłem, że nawet podstawowa koncentracja przychodzi mi z wielkim trudem, nie mówiąc już o kolejnych etapach, kontemplacji i medytacji. Lecz gdy usiadłem wygodnie i się zrelaksowałem, nagle ogarnęło mnie niezwykłe uczucie. W jednej chwili wszystko zniknęło; zniknął mój umysł! Miałem poczucie pełnej jedności z całym wszechświatem! Trwało to tylko chwilę. Jednak takiego doświadczenia nie można zmierzyć w czasie. Niekiedy to tylko kilka sekund, ale wpływ pozostaje na całe życie.

Wewnętrzne doświadczenie - poza formą

Kolejne wczesne doświadczenie przeżyłem wtedy, gdy siedziałem na darszanie i patrzyłem, jak Swami się oddala. Nagle wszystko wydawało się odległe. Cały czas widziałem jego fizyczną postać, ale wydawała się ona nieistotna. Natomiast wypełniło mnie intensywne wewnętrzne poczucie zjednoczenia - coś całkowicie wewnętrznego, niezwiązanego z fizyczną formą. Takie doświadczenia powoli zmieniały moje rozumienie. Na początku widziałem w Swamim jedynie przewodnika. Idea, że jest on Bogiem lub awatarem, wydawała się mi odległa. Duchowe zrozumienie dojrzewało stopniowo, niczym owoc na drzewie.

Swami zwykle nazywał nas, młodych ludzi z Zachodu, "Amerykanami", bez względu na to, skąd pochodziliśmy, a czasami żartobliwie nazywał nas "awanturnikami". Byliśmy impulsywnymi poszukiwaczami, a on prowadził nas zarówno z humorem, jak i z mądrością.

Łaskę mierzy się wewnętrzną przemianą

Gdy później zewnętrzny kontakt ze Swamim stał się rzadszy, nigdy nie czułem się opuszczony. Sny, przeczucia i chwile nagłego olśnienia wciąż mnie prowadziły. Wtedy zrozumiałem, że bliskość fizyczna nie oznacza bliskości duchowej. Boska obecność nie słabnie nawet gdy jesteśmy daleko.

Nie możemy mierzyć łaski zewnętrznymi oznakami - rozmowami interview, poświęconą uwagą ani tym, że zostaliśmy rozpoznani - ale wewnętrzną przemianą. Jeśli lęk się zmniejsza, a odwaga wzrasta, to łaska już działa.

Miałem jeszcze jedno doświadczenie pokonywania lęku. Kochałem muzykę, ale nie miałem poczucia rytmu. Mimo to kupiłem mały bębenek i bardzo cicho grałem na nim na bhadżanach, aby nikomu nie przeszkadzać. Pewnego dnia w czasie bhadżanów zamknąłem oczy i skoncentrowałem się na Swamim. Nagle przepłynęła przeze mnie energia, a bębenek zagrał idealnie. Od tej chwili potrafiłem zachować rytm. Mój lęk zniknął.

Innym razem malowaliśmy kamienne tablice z głębokimi przesłaniami duchowymi Swamiego w ramach przygotowań do obchodów jego urodzin. Nikt z nas nie był malarzem, ale daliśmy sobie radę. To doświadczenie czegoś mnie nauczyło: najpierw zacznij, a jego pomoc i przewodnictwo przyjdzie później.

Gdy innym razem poproszono mnie, abym pomalował banery z materiału, postanowiłem się wymknąć ogarnięty lękiem. Wtedy przybył Swami i zapytał mnie: "Co robisz?". Jąkałem się, zawstydzony. Jednak uderzyło mnie wewnętrzne przesłanie: nie uciekaj przed tym, co uważasz za niemożliwe. Śmiało, zrób to.

Lekcja ta ukształtowała moje życie. Nie miałem wiedzy technicznej, ale później przez 15 lat działałem w komitecie ds. mediów, gdzie przegrywałem i archiwizowałem nagrania dla organizacji Sai. Odwaga zaczyna się tam, gdzie kończą się wątpliwości.

Przywilej i pokora

Podczas obchodów złotego jubileuszu 50. urodzin miałem zaszczyt wręczyć Swamiemu urodzinową girlandę w imieniu MOSS w Niemczech. Pięć lat później, w 1980 roku, zrobiłem to ponownie. Wtedy martwiłem się, że girlanda jest za mała, więc kupiłem drugą girlandę i je połączyłem. Gdy zakładałem girlandę Swamiemu przez głowę, nagle pękła i otworzyła się na dole! Byłem mocno zakłopotany. Jednak w tej samej chwili w moim wnętrzu zrodziła się piękna myśl: to było tak, jakby Swami symbolicznie burzył mur dzielący Niemcy Wschodnie i Zachodnie. Zdarzyło się to 10 lat później, ale byłem pewny, że tak się stanie.

Swami pokazał mi, co w rzeczywistości oznacza miłość - służenie innym. Kiedy służymy bezinteresownie, wtedy służymy Bogu, a ostatecznie naszej najgłębszej jaźni. Lecz służba wymaga zdolności rozróżniania. Musimy zadać sobie pytanie, czy faktycznie pomagamy, czy tylko przeszkadzamy. Prawdziwa pomoc pozwala innym pomóc sobie samym.

Dla mnie największymi cudami nie były wizje ani materializacje. Największym cudem była miłość, którą promieniował Swami. Miłość ta zmieniała życie, począwszy od mojego życia.

Kiedy forma znika

Gdy wiele lat później usłyszałem, że Swami opuścił fizyczne ciało, nie byłem zaskoczony. Swami często mówił nam, że kiedy wrócimy na Zachód i napotkamy trudności, wtedy on zawsze będzie z nami i obdarzy nas swoją szczególną łaską. Pozwoliłem sobie na jeden dzień smutku. Później otrzymałem wewnętrzne zalecenie: "Swami jest we wnętrzu". Nie trzymaj się zewnętrznej formy. Boskość nie ogranicza się do ciała.

Na początku znałem Swamiego tylko jako przewodnika. Stopniowo zrozumiałem coś głębszego. Nazwy, takie jak Bóg czy awatar, miały mniejsze znaczenie niż doświadczenie. Ważniejsze było to, że obecność, której kiedyś doświadczałem na zewnątrz, teraz wiecznie żyła we mnie.

Benno Wesener z Niemiec

* * * * *

Benno Wesener wyruszył z Niemiec do Indii w poszukiwaniu duchowości w 1969 roku. Po spotkaniu ze Swamim od 1971 roku mieszkał w Prasanthi Nilayam przez dłuższy czas na przestrzeni lat. Po powrocie do Niemiec został jednym z założycieli Organizacji Sai w kraju. W latach 1973-1975 założył pierwszą grupę bhadżanową w Norymberdze, a w 1976 roku otworzył tam pierwszy ośrodek Sai w Niemczech. Zawodowo pełnił funkcję przewodniczącego Rady Pracowniczej w ośrodku dla osób upośledzonych umysłowo.

Przez wiele lat Benno Wesener służył jako lider MOSS, zarówno na szczeblu regionalnym, jak i krajowym. W 1980 roku zorganizował pierwsze warsztaty duchowe Sai w Niemczech. Był przewodniczącym ośrodka Sai w Norymberdze, krajowym koordynatorem ds. mediów, krajowym koordynatorem duchowym oraz przewodniczącym MOSS w Niemczech w latach 2014-2018.

(dk)

Źródło: Sathya Sai - The Eternal Companion, vol. 5, issue 4, April 2026
www.sathyasai.org/sites/default/files/pages/eternal-companion/vol-5/issue-4/eternal-companion-vol-5-issue-04.pdf
11.04.2026

**Pobierz tekst do druku





Copyright © 2001-2026 Stowarzyszenie Sathya Sai